W sporcie nie ma dróg na skróty, a każda z nich jest na swój sposób trudna i niepowtarzalna. Biografie wielkich sportowców często biorą swój początek w małych miasteczkach lub na wsiach, gdzie sport okazywał się dla młodzieży zbawieniem i jedyną szansą na lepszą przyszłość. Swój sukces przyszło im wykuwać w nieporównywalnie trudniejszych warunkach. W filmie poświęconym Diego Maradonie pada nawet stwierdzenie: “wielcy piłkarze rodzą się w błocie”. Patrząc na teraźniejszość trudno jest więc opisywać nasze osiągnięcia, opierając się głównie na wysiłku wyłożonym w treningi i mecze. Był spory, ale przy umiejętnościach, którymi dysponujemy oraz warunkach w jakich pracowaliśmy, pierwsze miejsce w drugiej lidze było obowiązkiem. Jedna przegrana na 20 meczów, budzi respekt, jednak wciąż uważam, że inaczej nam “nie wypadało”. Na marginesie, największy podziw budzą u mnie, od dziecka – olimpijczycy. Mimo, że od kilkunastu lat siedzę w piłce ręcznej, lubię oglądać lub czytać historię przedstawicieli różnych dyscyplin. Sportowiec umierający na mecie z wycieńczenia i hymn narodowy, to dopiero coś! A wracając do nas… może i mamy olimpijskie serca, ale do Tokio nigdy nie planowaliśmy jechać.

Dyscyplina, którą trenujemy należy do tych wybitnie drużynowych. Duże znaczenie odgrywa szatnia, a nawet to, co dzieje się poza nią. Treningi piłki ręcznej nie są dla większości z nas jedynym zajęciem w codziennym życiu. Członkostwo w klubie działającym przy uczelnianym AZS ma sporą zaletę. Wraz z rozwijaniem sportowej pasji, zawodnik zdobywa także cenne w przyszłości wykształcenie. W pewnym wieku organizm powie przecież “dość”, a sport zna przypadki, gdy przygoda kończy się w najmniej przewidywalnym momencie. W drużynie mamy już więc dentystę, inżyniera gazownictwa, elektronika (prosi aby nie mylić z elektrykiem), budowlańca i wielu innych “wykształciuchów”. W drugim zespole, jest nawet… hydraulik. To jednak człowiek wielu talentów i jestem pewny, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Kucharz sprzedany. Rok temu – do Opola.

Taki tryb życia wymaga od nas pewnej determinacji. W gruncie rzeczy trenujemy z pasji, znajdując w piłce ręcznej cenną odskocznię od codziennej rutyny. Bywają jednak dni, w których najzwyczajniej… “nie ma weny”. Zwątpienie przechodzi jednak, z momentem przekroczenia progu hali. W szatni pojawia się niezliczona ilość zaczepek i szpilek, wbijanych dla żartów, po których trudno o zły humor. Cześć z nich znacie z urodzinowych wpisów. No właśnie, media społecznościowe naszej drużyny, to w zasadzie odzwierciedlenie naszych charakterów. Nie lubimy gryźć się w język i mamy do siebie dystans, zakładając (czasem jak się okazuje błędnie), że wszyscy dookoła również potrafią żartować z samych siebie. Seria “memów”, przedstawiająca nas jako śmierć pukającą do drzwi, spotkała się nawet ze stanowczą reakcją jednego z kibiców drużyny przeciwnej. Odpowiedzieliśmy, że wszystko zweryfikuje boisko i oczywiście przygotowaliśmy także wersję na wypadek przegranej. Ostatecznie nie dano nam jednak powodów, aby ją opublikować, a śmierć ruszyła w dalszą drogę…

Sezon zaczął się nietypowo – od “ampów”, które zwyczajowo gramy na jego zakończenie. Pandemia przesunęła imprezę z lata, na jesień. Po wywalczeniu brązowych medali w generalce oraz srebrnych w klasyfikacji uczelni technicznych, nikt nie narzekał jednak na kalendarz i codzienne wyjazdy na Śląsk. To największy sukces w historii naszej sekcji. Niestety, zaraz po nim drużynę dopadł koronawirus. Nie oszczędził nikogo, a najcięższą walkę stoczył Trener. Wszyscy widzieliśmy, że na ławce kogoś brakuje, a mimo to musieliśmy skupić się na wygrywaniu. Informacje ze szpitala były szczątkowe, a szum medialny potęgował stres. To bardzo ważny okres dla końcowego zwycięstwa w drugiej lidze. Po powrocie Trenera, zeszło z nas całe ciśnienie. Poczuliśmy się wręcz kuloodporni, mając świadomość, że wyszliśmy obronną ręką z tak trudnego momentu. Pozostałe mecze nie były spacerkiem, ale w szatni oprócz poważnego podejścia do każdego rywala, czuć było także coraz większą pewność siebie.

Na sam koniec czekały nas kolejne AMP. Tym razem rozegrane zgodnie z planem, mimo, że do ostatnich chwil termin stał pod znakiem zapytania. Po awansie do pierwszej ligi, “ampy” miały być wisienką (lub jak kto woli truskawką) na torcie tegorocznego sezonu. Sport uczy jednak pokory oraz tego, że na turniejach o końcowym wyniku oprócz umiejętności, często decyduje także szczęście. Drabinka ułożyła się dla nas w dość pechowy sposób. W ćwierćfinale trafiliśmy na zeszłorocznych, złotych medalistów, mających w składzie wielu zawodników z ekstraklasy. Przed meczem powiedzieliśmy sobie, że bijemy się do końca, nie patrząc na tablicę wyników. Nie spuszczamy głów, nawet jeśli odskoczą na kilka bramek. Ten mecz zapamiętamy na długo. Było tak jak sobie obiecaliśmy – walka i emocje do końcowego gwizdka. Przegraliśmy dwoma bramkami, z drużyną, która jak się później okazało obroniła złoto z przed roku. W szatni od dawna nie było tak cicho. Byłem załamany i wyczerpany psychicznie. Patrzyłem zamyślony w podłogę. Czekały nas jeszcze dwa pojedynki, a turniej jakby się skończył. Nie zapamiętałem nawet, co powiedział do nas Trener. To był chyba nasz finał. Zagraliśmy jeden z najlepszych meczów w sezonie, ale wróciliśmy do Krakowa bez medalu. Przywieźliśmy co prawda srebro, za klasyfikację uczelni technicznych, ale umówmy się, że to taki “medal z czekolady”. Jestem pewny, że byliśmy drużyną, na coś więcej niż piąte miejsce.

A później, na zakończenie był grill, z którego klisza fotograficzna gdzieś zaginęła. Miejmy nadzieję, że nie trafiła w niepowołane ręce. W nowym sezonie czeka nas sporo zmian. Spotkamy się w innym miejscu oraz składzie personalnym.  Przez ten zespół przetoczyło się wiele twarzy. Każda z nich, w danym momencie, tworzyła niepowtarzalną atmosferę, o której opowiedziałem. Teraz przed nami próba kontynuacji. AGH, to nie imieniny u cioci Jadzi. Nie przychodzimy tu raz w roku, spotkać się na parę godzin. To więź wykraczająca daleko poza sport. Przeszliśmy długą drogę i zdążyliśmy na czas, by zostawić tutaj swój ślad.

 

fot. Magda Kowalik